fbpx

Dalibor Stevanović: Chciałem zostać w Śląsku, ale nikt nie podpisałby takiej umowy, jaką mi zaproponowano

Zapraszamy na kolejny wywiad z cyklu „Co słychać u byłych zawodników Śląska Wrocław?”. Tym razem przenosimy się do Szwajcarii, gdzie gra Dalibor Stevanović, mistrz Polski z WKS-em.

Patryk Załęczny: Dalibor, 30 czerwca 2014 roku odszedłeś z wrocławskiego Śląska. Co się z Tobą działo przez tych ponad 5 lat?

Dalibor Stevanović: – Polską ligę zamieniłem wówczas na rosyjską. Grałem tam dwa lata, ale muszę przyznać, że był to dla mnie trudny czas. Dlaczego? Razem z żoną zdecydowaliśmy, że wybiorę się tam sam, a ona z dziećmi zostanie w Słowenii. Moje pociechy chodziły już do szkoły i po prostu patrząc przez ich pryzmat, lepiej było, żeby kontynuowały naukę w swoim kraju. Z Rosji przeniosłem się jednak do Chorwacji, tak aby być bliżej dzieci, ale cały czas gdzieś po głowie chodziła mi myśl, że trzeba przenieść się do takiego kraju, abym mógł grać w piłkę z rodziną u boku.

PZ: Wówczas zdecydowaliście się na Szwajcarię. Przypadł Ci ten kraj do gustu?

DS: – Myślę, że tak. Jesteśmy już tutaj ponad dwa lata i to właśnie w tym kraju chcę skończyć karierę i osiedlić się na stałe. Poziom życia w Szwajcarii jest wysoki tak jak i poziom nauczania, a to bardzo ważne w kontekście rozwoju moich dzieci. Tutejsze szkoły są jednymi z najlepszych na świecie, gdzie mówi się w 3-4 językach, zatem po prostu chcę dać swoim maluchom szansę takiego rozwoju, stąd też wybór Szwajcarii na miejsce do życia po zakończeniu kariery.

PZ: A patrząc przez pryzmat piłkarski, jesteś zadowolony?

DS: – Na pewno nie mogę na nic narzekać. Aktualnie gram w Stade Nyonnais, który jest moim drugim szwajcarskim klubem. Jestem już tu drugi rok i mam nadzieję, że nasza współpraca będzie trwała nadal. Co prawda, początkowo byłem wypożyczany do tego zespołu, jednak zdecydowaliśmy się na transfer definitywny i teraz wiąże mnie z Stade normalna umowa.

fot. siol.net

PZ: Wróćmy do Śląska. Do Wrocławia przyszedłeś z Wołynia Łuck, choć wcześniej grałeś także w Alaves czy Realu Sosiedad. Jak to się stało, że obrałeś akurat kierunek Dolny Śląsk?

DS: Kiedy zdecydowałem się obrać wrocławski kierunek, tak naprawdę do końca nie wiedziałem, na co się piszę, gdyż nie posiadałem zbyt wielu informacji na temat Śląska. Jednak po rozmowach z prezesem Piotrem Waśniewskim i poznaniu kierunku, w jakim klub będzie zmierzał w najbliższych latach, zdecydowałem się podpisać z nim kontrakt. Miałem co prawda dobrą propozycję pozostania na Ukrainie w Wołyniu Łuck, ale muszę przyznać, że po prostu nie widziałem się już w tym kraju. Po przyjeździe do Wrocławia i rozmowach z szefami klubu wybrałem się jeszcze na wycieczkę po mieście i wówczas byłem już przekonany, że to jest miejsce, w który chcę kontynuować swoją karierę.

PZ: Dobra pozycja WKS-u w tabeli też chyba nie pozostała bez znaczenia?

DS: – To na pewno też, ale przede wszystkim poziom życia w Polsce a na Ukrainie był zdecydowanie inny. Po rozmowach z żoną ustaliliśmy, że Wrocław będzie dobrym wyborem. Miasto, historyczny klub, nowy stadion, wspaniali kibice, którzy tworzyli niezapomnianą atmosferę na trybunach – to wszystko złożyło się na podjęcie decyzji o transferze do stolicy Dolnego Śląska.

PZ: Z perspektywy czasu, podjąłeś wówczas słuszną decyzję?

DS: – Nie mogę zaprzeczyć. Te 2,5 roku spędzone w Śląsku zapadły mi w pamięć na długo. Mieliśmy dobrą drużynę, z którą osiągnęliśmy naprawdę znakomite rezultaty, bo takimi chyba można nazwać mistrzostwo kraju i grę w europejskich pucharach.

fot. svet24.si

PZ: Kiedy podpisywałeś kontrakt, przechodziło Ci przez myśl, że już w pierwszym roku Twojej gry zdobędziecie to trofeum za mistrzostwo?

DS: – Na pewno nie byliśmy stawiani w roli faworyta do zwycięstwa w lidze, ale z taką drużyną, jaką wówczas mieliśmy, która doskonale rozumiała się nie tylko na boisku, ale także poza nim, tworząc jedną wielką rodzinę, mogliśmy pokusić się o taką niespodziankę. My graliśmy coraz lepiej, a kibice swoim dopingiem nas tylko motywowali. Podpisując kontrakt, wiedziałem, że projekt budowy tego klubu zakłada zdobycie mistrzostwa w ciągu 2-3 najbliższych lat, a stało się tak, że już w pierwszym roku mojej gry w Śląsku udało się osiągnąć ten sukces i reprezentować barwy WKS-u na europejskich boiskach.

PZ: To najmilsze wspomnienie, jakie przychodzi Ci na myśl, kiedy myślisz o Śląsku?

DS: – Może to dziwnie zabrzmi, ale Śląsk i sam Wrocław traktuję jako swój drugi dom, gdzie nawet teraz co jakiś czas muszę przyjechać, odwiedzić miasto i znajomych. Mam mnóstwo wspomnień z klubem i cieszę się, że przyszło mi grać tam z takimi zawodnikami jak Sebastian Mila, bracia Paixao, Marian Kelemen, Cristian Diaz czy Rok Elsner, z którym nadal jesteśmy w stałym kontakcie. Nie mogę nie wspomnieć także o Mariuszu Pawelcu, który dał się poznać także jako wielki człowiek. Jeśli szatnia trzyma się razem, wówczas i na boisku można osiągnąć wiele – byliśmy tego dobrym przykładem.

PZ: Wspomniałeś też o wrocławskich kibicach. Ci jednak nie zawsze byli po Twojej stronie.

DS: Kibice zawsze chcą, aby ich klub osiągał jak najlepsze wyniki. Na początku, kiedy nie poznali się jeszcze na mojej osobie, kiedy może nie zdawali sobie sprawy z tego, że zawsze zostawiam i będę zostawiał na boisku kawał zdrowia, obwiniali mnie za wyniki. Oczywiście, nie mam z tym najmniejszego problemu, to jest ich prawo. Wydaje mi się jednak, że po pewnym czasie zdali sobie sprawę z tego, jakie mam profesjonalne podejście do futbolu i ile daję temu klubowi na murawie. Choć wiadomo, że pojawili się dziennikarze, którzy szukali sensacji i w nieprzychylny sposób pisali o mojej grze.

fot. alchetron.com

PZ: Ostatecznie zdecydowałeś się jednak odejść ze Śląska. Chciałeś, czy tak po prostu musiało się stać?

DS: Nie będę ukrywał, chciałem zostać w Śląsku i to bardzo. Kiedy wróciłem do domu i oznajmiłem swojej żonie, że nie przedłużyłem umowy z klubem, nie obyło się bez łez. To był bardzo trudny moment w mojej karierze, może nawet jeden z najtrudniejszych. Czuliśmy się we Wrocławiu jak w domu i za wszelką cenę chcieliśmy zostać w klubie. Wówczas prezesem był Paweł Żelem i po rozmowach z władzami wiedziałem, że WKS nie będzie podążał w tym samym kierunku, co przez ostatnie 3 lata. Budżet klubu był co prawda zdecydowanie mniejszy, ale kompletnie nie podobał mi się sposób zarządzania klubem. Rozmawialiśmy o nowej umowie, ale wewnętrznie czułem, że nikt nie chce, żebym tę umowę przedłużał.

PZ: Czyli rozmowy się toczyły?

DS: – Tak, rozmawialiśmy o przedłużeniu kontraktu i wówczas oczywiście rozumiałem sytuację finansową klubu, więc byłem skłonny grać nawet za połowę tej pensji, jaką otrzymywałem. Myślałem, że może uda mi się zakończyć w tym klubie karierę i pozostać we Wrocławiu na stałe, jednak ta umowa, którą otrzymałem do podpisania, była po prostu śmieszna. 70-procentowa obniżka, kto o zdrowych zmysłach parafowałby taką umowę? To była polityka nowych ludzi w klubie, zatem musiałem odejść.

PZ: Ale mimo wszystko śledzisz poczynania wrocławskiej drużyny?

DS: – Tak jak mówiłem wcześniej, ten klub i to miasto mam w sercu i zawsze jestem na bieżąco z tym, co się tam dzieje. Aktualnie WKS zajmuje należne mu miejsce i mam nadzieję, że utrzyma się w czubie tabeli jak najdłużej. Jestem w stałym kontakcie z Mariuszem Pawelcem, a niedawno do Śląska przyszedł mój znajomy, z którym grałem w Chorwacji Dino Stiglec, zatem mam kogo odwiedzać i komu kibicować.

PZ: Czego zatem Ci można życzyć? Masz 34 lata, grasz w pięknym kraju, dobrze Ci się tam żyje. Po prostu zdrowia, a reszta się sama ułoży?

DS: – Zawsze powtarzam, że jeśli zdrowie dopisuje, to my, jako ludzie mamy wszystko, co jest nam na tym świecie potrzebne. Mam duże dzieci i praktycznie 99% decyzji podejmuje z myślą o nich, a jeśli one są zdrowe i szczęśliwe, to nie potrzebuję w życiu nic więcej. Dla mnie zawsze najważniejsza jest rodzina. Oczywiście, trzymam kciuki za wrocławskich kibiców i także zawsze życzę im jak najlepiej.

O autorze