#BliżejGwardzistów – Sebastian Matula [WYWIAD]

Dziś kolejna odsłona cyklu #BliżejGwardzistów, w którym prezentujemy Wam wywiady z zawodnikami, członkami sztabu szkoleniowego oraz ludźmi, którzy na co dzień dbają o wizerunek klubu. Tym razem przepytaliśmy Sebastiana Matulę, rozgrywającego eWinner Gwardii Wrocław.

Kacper Wojciechowski: W środę eWinner Gwardia Wrocław wygrała po bardzo trudnym spotkaniu z zespołem KRISPOL Września. Jak ocenisz to spotkanie?

Sebastian Matula: Był to z naszej strony mecz niewykorzystanych szans. Siatkarze z Wrześni dobrze zaczęli mecz, wygrali pierwszego seta. W kolejnych partiach wyszedł w końcu nasz spokój i zagraliśmy dwa naprawdę fajne sety, jeden wygrany w końcówce, drugi gładko. W czwartej partii prowadziliśmy 23:20, mieliśmy piłkę meczową w górze. Nie potrafiliśmy tego wykorzystać, ale dobrze, że podnieśliśmy się po tym w tie-breaku, gdzie już dominowaliśmy.

Niemal cały mecz stałeś w kwadracie dla rezerwowych, wspominałeś również o problemie z łokciem.

Tydzień temu miałem na treningu bardzo bliskie spotkanie ze słupkiem, pojawił się duży krwiak w mięśniu. Od dwóch dni trenowałem na 100%, ale nie jestem jeszcze w pełni zdrowy. Przez kilka dni nie mogłem trenować, więc trochę się stęskniłem i na lekach przeciwbólowych dałem radę normalnie ćwiczyć. Wysoka dyspozycja Mateusza Biernata i mój drobny uraz sprawiły, że nie zagrałem. W tym zawodzie z jedną sprawną ręką nie da się nic zdziałać.

Cały czas trapią was jeszcze problemy zdrowotne. Nadal nie widzimy Jeffa Menzela, uraz przytrafił się Tobie oraz Mateuszowi Frącowi.

Mateusz miał problem z kolanem, ściągnęli mu z niego szklankę krwi. Na szczęście nie był to problem mechaniczny, po prostu nagromadziła mu się tam krew. Wczoraj już brał udział w treningu. Jeff Menzel wraca powoli do zdrowia, zaczyna już skakać do ataków, czekamy na niego. Dobrze, że mamy super zaplecze medyczne. Do naszej dyspozycji są fizjoterapeuci, lekarze. Dzięki nim po trzech dniach wróciłem do odbijania piłki. Może nie było ono takie jak bym sobie wymarzył, ale mogłem już cokolwiek robić. Bez nich powrót zająłby mi na pewno więcej czasu.

A jak przyjąłeś informację o zmianie trenera w waszych szeregach?

Na pewno było to duże zaskoczenie. Trenerowi Janczakowi życzę powodzenia w dalszej karierze. Pracowałem z nim półtora miesiąca i mam jak najbardziej pozytywne odczucia. Mark Lebedew jest szkoleniowcem z najwyższej półki. Od początku obudził w nas pewien ogień, który gdzieś zgasł w ostatnim czasie. Pojawiło się u nas zmęczenie materiału. Teraz czujemy, że nie chodzimy tylko do pracy, a przychodzimy realizować swoją pasję. Robimy to, co lubimy i gramy z uśmiechem na ustach. Widać w drużynie nowego ducha walki.

Pojawiły się już konkretne zmiany w treningach lub w samej grze jak na przykład wprowadzenie Krzysztofa Kołtowskiego jako czwartego przyjmującego, by poprawić element przyjęcia zagrywki i obronę?

W środowym meczu ten manewr się sprawdził. A co do zmian podczas treningów, no to w sumie na pierwszym prowadzonym przez trenera Lebedewa miałem spotkanie ze słupkiem i tak naprawdę nie zaznałem ich jeszcze w pełni.

Opowiedz o swoich siatkarskich początkach. Zawsze chciałeś być siatkarzem, czy inne profesje brałeś też pod uwagę?

Pochodzę z takiego miasta, gdzie siatkówka była stale na najwyższym poziomie. Mój wujek grał w ekstraklasie. Lubię mądre sporty, dlatego wybór padł na piłkę siatkową. Miałem epizody z innymi sportami, próbowałem trochę hokeja, jednak od razu zakochałem się w siatkówce.

W kategoriach kadeckich zdobyłeś srebrny medal Mistrzostw Europy oraz brązowy Mistrzostw Świata. Jak wspominasz te turnieje?

Przede wszystkim było to dla mnie spełnienie marzeń i ciarki, gdy leciał Mazurek Dąbrowskiego przed każdym meczem. Cieszę się, że w grupach młodzieżowych udało się zagrać z orzełkiem na piersi. Dla chłopaka, który miał 15 lat to była super przygoda. Srebro zdobyte w Bośni i Hercegowinie, wyjazd do meksykańskiej Tijuany i powrót z brązem Mistrzostw Świata, Europejska Olimpiada Młodzieży ze srebrem z Utrechtu i masa innych podróży. Grałem z chłopakami, którzy teraz są w klubach PlusLigi oraz trafili już do seniorskiej reprezentacji Polski. Ale to już było, pozostały dobre wspomnienia.

W takim razie co dalej?

Chciałbym jak najwięcej grać. Mam nadzieję, że jeszcze w tym sezonie się uda, dużo zależeć będzie od mojej pracy na treningach. Chcę łapać tyle minut na boisku, ile się uda. W następnym sezonie też taki cel sobie stawiam, by spędzać jak najwięcej czasu na pomarańczowym polu, najlepiej w pierwszym składzie. Wiadomo, każdy chciałby trafić do PlusLigi. Gram na takiej pozycji, że nie jestem bardzo eksploatowany jeśli chodzi o kolana i stawy, więc planuję pograć może nawet do 40. roku życia, więc całe 15 lat kariery przede mną.

Nie można Cię nie zapytać o czeską przygodę, chociaż bardziej chyba można to określić czeskim filmem.

Miało być fajnie, podpisałem kontrakt na dwa lata. Z ostatnim dniem grudnia dowiedziałem się, że miasto przez pandemię koronawirusa ucina sponsorowanie klubu. Dostaliśmy wolną rękę, co do swojej przyszłości. Dla mnie szkoda, bo mieszkałem na co dzień z żoną w Jastrzębiu-Zdroju i dojeżdżałem do Ostrawy. Miejscowości dzieli tylko 28 kilometrów, więc codziennie wsiadałem w auto i jechałem do Czech. Chciałem tam trochę pograć, nabrać pewności boiskowej. Zagrałem 15 pełnych spotkań i skończyła się moja przygoda, a zapowiadało się bardzo dobrze. Za chłopaków z Ostrawy trzymam kciuki, przegrali pierwszy mecz ćwierćfinałowy. Na ich obecne możliwości to i tak osiągnęli dużo.

A jak wygląda sama liga?

W lidze czeskiej jest dużo niedociągnięć organizacyjnych, można dużo mówić o tym jak wygląda tam siatkarska rzeczywistość. Oczywiście patrzę na nią z perspektywy klubu z Ostrawy. Wyjazdy meczowe były w ten sam dzień co spotkanie, niezależnie od tego, czy jechaliśmy 30 kilometrów, czy 500, najczęściej dwoma małymi busikami. Pod względem organizacyjnym prezentują średni poziom, bardzo dużo brakuje im jeszcze do naszych lig. Ekstraliga czeska przypomina mi obecnie PlusLigę z początku XXI wieku, ale domyślam się, że w klubach z czołówki ligi wygląda to inaczej i jest tam dużo lepiej. Poziom sportowy jest w porządku. Myślę, że topowe drużyny TAURON1.Ligi mogłyby walczyć tam o medale, a dwie-trzy drużyny z Czech mogłyby spokojnie rywalizować w PlusLidze, może nie walczyć o medale, ale nie byliby chłopcami do bicia.

Z Czech trafiłeś do Wrocławia. Jak przebiegł u Ciebie proces aklimatyzacyjny? Przejście do nowego zespołu w środku sezonu chyba nie jest łatwe. Nowe miasto, nowa drużyna, do tego dochodzą covidowe obostrzenia.

Wcześniej mieszkałem już w takim dużym mieście, grałem w Krakowie parę lat temu. Wrocław ma świetną architekturę, ładne budynki, super parki. Przez obostrzenia nie czuje się obecnie atmosfery dużego miasta, mało ludzi jest na ulicach, pozamykane są knajpy. Grałem w poprzednich dwóch sezonach w Nysie, więc były okazje by z żoną i przyjaciółmi odwiedzić Wrocław. Teraz niestety, żona musiała zostać w Jastrzębiu.

To co robisz w wolnym czasie? Żony we Wrocławiu brak, jak organizujesz sobie czas samemu?

Oprócz treningów to nie ma zbytnio dużo czasu. Najczęściej spędzam go na odpoczynku, regeneracji i grach komputerowych.

Dzwonisz chociaż do swojej żony, czy nie znajdujesz na to czasu (śmiech)?

Oczywiście, przed wyjazdem wymieniliśmy się swoimi numerami telefonów i czasem się zdarzy, że dzwonimy (śmiech). A tak serio to wiadomo, kilka razy dziennie rozmawiamy. O takiej żonie nie można zapomnieć. Trafiłem najlepiej jak mogłem, ona trochę gorzej (śmiech). Znamy się już od gimnazjum, moja jedyna dziewczyna, wymarzona żona.

A dlaczego Twoim ulubionym miastem jest brazylijskie Matulão?

Kiedyś natrafiłem na to miasto, chcielibyśmy tam kiedyś z żoną pojechać. Na pewno odwiedzimy Chorwację, tam jest kurort Matuli. Jest plan pojechać w podróż, zwiedzić miasto, zrobić sobie zdjęcie przed tablicą z nazwą.

To na koniec kilka słów od Sebastiana Matuli dla kibiców.

Do zobaczenia na meczach. Niech jak najszybciej zniesione zostaną obostrzenia i niech hale będą otwarte. Granie bez kibiców jest tragedią, nazwałbym je treningowym graniem o punkty w tabeli. Pozdrawiam wszystkich serdecznie i dzięki za doping.