#BliżejGwardzistów – Bartosz Pietruczuk [WYWIAD]

Dziś kolejna odsłona cyklu #BliżejGwardzistów, w którym prezentujemy Wam wywiady z zawodnikami, członkami sztabu szkoleniowego oraz ludźmi, którzy na co dzień dbają o wizerunek klubu. Tym razem przepytaliśmy Bartosza Pietruczuka, przyjmującego eWinner Gwardii Wrocław.



Kacper Wojciechowski: W momencie rozmowy (18.11.2020) eWinner Gwardia Wrocław ma na koncie siedem zwycięstw w siedmiu spotkaniach. Chyba wymarzony początek sezonu?

Bartosz Pietruczuk: Seria zwycięstw z pewnością nas cieszy, ale zdajemy sobie sprawę, że każda kolejka niesie ze sobą nowe wyzwania, którym zwyczajnie trzeba podołać. Jedno jest pewne. Zdecydowanie łatwiej podchodzi się do spotkań z potencjalnie najmocniejszymi, mając odpowiedni zapas punktowy.

Jak przebiegają przygotowania do tych spotkań? Gracie teraz trudne mecze, aż trzy w ciągu tygodnia.

Długo pracowaliśmy na ten moment, praktycznie od czerwca. Teraz będzie okazja do weryfikacji. Fizycznie jesteśmy gotowi, ale szykujemy się na trudną przeprawę. Dawka trzech meczów na przestrzeni tygodnia to też okazja, żeby sprawdzić organizmy na dużych, ligowych obciążeniach. Przyznam, że pod kątem późniejszego play-off, jest to bezcenne doświadczenie. A jak wiadomo, to właśnie ta decydująca faza sezonu jest najistotniejsza, na ligowej mecie.

Nie ukrywałeś przed sezonem, że wybrałeś TAURON1.Ligę oraz eWinner Gwardię Wrocław ze względu na możliwość gry. Na razie grasz dosyć dużo, jednak dzielisz grę z Krzysztofem Gibkiem oraz Łukaszem Lubaczewskim. Czy taka bezpośrednia rywalizacja z kolegami z drużyny poniekąd napędza też dobrą grę zespołu?

Na pewno. Mamy przyjmujących na równym poziomie. Teraz miałem okazję więcej pograć na boisku, wcześniej tych okazji było mniej, gdyż grali właśnie Krzysiek z Łukaszem. Każdy z nas potrafi wejść i dać naprawdę dużą wartość dla zespołu, co widać po wynikach. Wspólnymi siłami chcemy osiągnąć wspólny cel, którym na pewno jest awans. Dodatkowo pamiętajmy, że jest jeszcze Tytus Nowik, który zbiera doświadczenie, a swoje już pograł chociażby w młodzieżówce, zdobywając medal na mistrzostwach Europy. Duża przyszłość przed tym chłopakiem.

Jak to wygląda, gdy nie zaczynasz gry w pierwszym składzie? Dodatkowa motywacja?

Zespół jest ważny i każdy pracuje dla jego dobra. Ale fakt faktem, z końcem sezonu jesteśmy rozliczani z wyników drużyny, jak również indywidualnie. W związku z tym motywacja jest bardzo duża, żeby podnosić swoje umiejętności, co finalnie może przynieść korzyści drużynie. Dodatkowo przy tym podnosząc wartość zawodnika na rynku. Dlatego kiedy nie gram, a widzę, że chłopaki świetnie sobie radzą, jestem szczęśliwy. Bo wiem, że drużyna idzie w dobrym kierunku i każdy, również ja, dołożyłem do tego cegiełkę. Jeśli jednak będzie potrzebna pomoc, jestem gotowy dać najlepszą wersję siebie.

Nie miałeś przed grą w Gwardii okazji, by trenować pod okiem trenera Janczaka. Jak ocenisz współpracę między wami?

Nie będę tu specjalnie oryginalny. Trener kładzie duży nacisk na przygotowanie fizyczne, co jest bardzo istotne, w perspektywie długiego sezonu. Treningi są przemyślane, ułożone pod możliwości drużyny, ale też z wątkami, powiązanymi z kolejnymi rywalami. Trener Janczak ma twardy charakter. To przekłada się na dyscyplinę drużyny. Jeśli pojawia się jakaś powiedzmy, niejasność, próbuje ją od razu rozwiązać. Takie małe konflikty w drużynie są naturalne, tak jak w relacjach międzyludzkich. Ważne jest, żeby szybko je wyjaśniać. Osobiście dogaduję się z trenerem dobrze i jestem pozytywnie nastawiony do współpracy na przyszłość.

Dołączyłeś do zespołu wraz z kolegą z poprzedniego klubu – Mateuszem Biernatem. Pozwoliło to tobie łatwiej zaaklimatyzować się w drużynie, w mieście?

Zawsze jest raźniej, gdy idzie się do nowej drużyny i ma się tam kogoś, kogo się zna. Z Mateuszem spędziłem w Libercu dwa lata. Z drugiej strony miałem też takie sezony w innych drużynach, gdzie nikogo nie znałem i nie było problemów. We Wrocławiu wszyscy nas przyjęli z otwartymi rękami od pierwszego dnia. Ja się tutaj bardzo dobrze czuję. Myślę, że Mateusz też.

Wróciłeś do Polski po trzech sezonach gry w Niemczech i Czechach. Jak porównałbyś niemiecką oraz czeską ligę i Tauron1.Ligę?

Porównując te ligi, uważam, że mówimy o podobnym poziomie sportowym. W przypadku lig niemieckiej i czeskiej więcej jest jednak zespołów, mogących liczyć się w walce o medale. A to mocno nakręca widowiska w fazie play-off, naprawdę dużo się tam dzieje.

Grałeś również w PlusLidze, czyli najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Czy dla zawodnika, który poczuł już grę w PlusLidze, ta chęć awansu jest jeszcze większa dzięki temu?

Na pewno coś w tym jest. Poziom gry na szczeblu PlusLigi jest wysoki, ale nie jest tak, że byłby nieosiągalny dla naszego zespołu. To na pewno moje małe marzenie, żeby awansować i ponownie zasmakować grania w najwyższej lidze w kraju, najlepiej – właśnie z tą drużyną. Mamy swój cel, ale musimy na niego naprawdę solidnie zapracować.

Nie sposób nie uciec od pytań o koronawirusa. Jak czujesz się po przymusowej kwarantannie?

Pierwszych kilka dni było naprawdę bardzo fajnych. W końcu miałem moment na dłuższy odpoczynek i wytchnienie. Po czterech dniach chciałem już jednak wrócić do hali. Brakowało mi treningów, atmosfery, dosłownie wszystkiego. Nie mogłem wysiedzieć w domu, ale daliśmy radę. Co prawda ten pierwszy mecz po powrocie był dosyć szarpany, jednak udało się wygrać za trzy punkty, a to jest najważniejsze. Im więcej treningów odbędziemy, tym nasza gra będzie wyglądała coraz lepiej.

Przekornie zapytam cię o pozytywne skutki pandemii koronawirusa. Widzisz zmiany na plus w swoim życiu?

Na pewno miałem więcej czasu dla siebie i dziewczyny oraz na indywidualny rozwój i naukę. Co prawda, grając sezon bez przymusowych przerw, tego czasu wolnego ma się stosunkowo dużo. Jednak w tym cyklu treningowym ma się częściej ochotę wziąć krótką drzemkę, odpocząć i ten czas ucieka i się nawet nie myśli, by coś dla siebie zrobić dodatkowo. Ten sezon jest rozbity i mam więcej czasu na naukę. Jednak minusy są bardziej widoczne od plusów. Chociażby ciężej jest utrzymać motywację i koncentrację przez cały czas. Raz się gra, raz się nie gra, potem przerwa, później trzy mecze w krótkim odstępie czasowym. Ciężko fizycznie i mentalnie to wytrzymać. Są to zupełnie nowe warunki, do których musimy się przyzwyczaić.

Jak żyje ci się we Wrocławiu? Udało się chociaż trochę poznać miasto?

Miałem okazję pozwiedzać, jeszcze nie mieszkając tutaj. W dobie pandemii wychodzę głównie na spacery, by podnosić odporność. Dodatkowo warto to zrobić dla zdrowia psychicznego, aby odejść myślami od siatkówki i wirusa. Trochę Wrocławia zwiedziłem, jestem bardzo zadowolony. W mieście jest dużo akwenów, podobnie jak nad morzem, skąd pochodzę. Po prostu jest tutaj bardzo przyjemnie, można tu znaleźć dużo miejsc, gdzie można świetnie spędzić czas.

Pochodzisz z Nowego Dworu Gdańskiego, jednak uparcie dzięki Wikipedii jesteś kojarzony z Malborkiem. Jaki masz do tego stosunek?

Przyznaję, to bolesna sprawa (śmiech)… A tak serio, nie wiem, kto jest odpowiedzialny za ten wpis, ale fakt jest taki, że pochodzę z Nowego Dworu Gdańskiego. Kiedy w liceum przeniosłem się do Gdańska z Malborka, błędnie utarło się, że wywodzę się z tego drugiego miasta. Od dziesięciu lat jestem figurantem Malborczykiem na Wikipedii. A płynie we mnie jednak nowodworska krew. Liczę, że dzięki tej rozmowie zamknę to internetowe, podwójne życie, raz na zawsze (śmiech).

Na koniec czego ci życzyć na najbliższe tygodnie?

Kompletu punktów w najbliższych spotkaniach. Będzie o to ciężko, ale byłoby dobrze ugrać z kolejnych pojedynków jak najwięcej. Na pewno zdrowia dla nas wszystkich, bez tego nie damy rady. No i żeby nam nie zamknęli ligi, byśmy mogli ją dograć do końca, jakkolwiek miałoby to się odbyć.