Kamil Łączyński: Drużna koszykarska musi być jak zaciśnięta pięść

Zespół Śląska Wrocław odniósł w miniony piątek upragnione ligowe zwycięstwo i wygrał w Ostrowie ze Stalą 100:80. M.in. o dyspozycji Śląska w obecnych rozgrywkach, a także o kulisach przenosin do Wrocławia porozmawialiśmy z rozgrywającym WKS-u Kamilem Łączyńskim.

Piotr Ziemiański: Co zaważyło, że przyszedłeś do Śląska? Czy to była najlepsza oferta, jaką otrzymałeś po zakończeniu przygody z Anwilem?

Kamil Łączyński: To była jedyna konkretna oferta, która zrobiła na mnie wrażenie, bo nie zawsze cyfry są najważniejsze. Od pierwszego kontaktu odczuwałem dużą chęć zatrudnienia mnie w Śląsku Wrocław, jednakowo ze strony prezesa Michała Lizaka oraz ówczesnego trenera Andrzeja Adamka. Zawsze chętniej przechodzisz do klubu, gdy ktoś na prawdę cię chce i zabiega o transfer. Kilka rzeczy złożyło się na moje przenosiny do Wrocławia, ale na pewno kluczowy był kontakt ze strony klubu oraz to, że w tym momencie była to najkorzystniejsza finansowo oferta.

PZ: W listopadzie zagrałeś w “Wielkiej wojnie” przeciwko swojemu byłemu klubowi (Anwil Włocławek), jak się czułeś, nie chciałeś im pokazać, że za szybko zrezygnowali z Twoich usług?

KŁ: Sam chciałem zagrać dobre zawody, ale nie miałem nic do udowodnienia i zależało mi na tym, aby Śląsk wygrał to spotkanie. Zawsze, gdy jedziesz na mecz do swojej poprzedniej drużyny, to chcesz się zaprezentować z jak najlepszej strony. W przypadku zwycięstwa radość byłaby podwójna, ale jesteśmy świadomi, że wygrywając to spotkanie, sprawilibyśmy sporą niespodziankę. Dużo się o tym meczu mówiło w kontekście mojej osoby, co podnosiło mnie na duchu. Teraz jestem po drugiej stronie barykady i w rewanżu zrobię wszystko, aby to Śląsk wygrał.

PZ: Przegraliście w trwających rozgrywkach kilka spotkań na własne życzenie, skąd się bierze brak koncentracji w końcówkach spotkań?

KŁ: Moim zdaniem wychodzi brak doświadczenia w naszym zespole. Mamy mieszankę młodych polskich koszykarzy i zawodników zza granicy. Płacimy obecnie frycowe, ale widzimy światełko w tunelu, jeżeli potrafimy grać solidnie przez 35-37 minut meczu to za chwilę będziemy w stanie wygrywać spotkania. Możemy grać dobrze przez większą część rywalizacji, ale wszyscy skupiają się na końcówkach i to wtedy trzeba się pokazać z najlepszej strony.

PZ: Skąd bierze się taka dysproporcja pomiędzy waszymi występami w hali Orbita a spotkaniami wyjazdowymi?

KŁ: Do końca nie wiem, z czego to wynika, że lepiej prezentujemy się poza Wrocławiem. Wydaję mi się, że jesteśmy trochę zagubieni podczas meczów w hali Orbita. Na co dzień nie trenujemy tam, dlatego można powiedzieć, że gramy tak jakby na neutralnym terenie. Do tego dochodzi cała otoczka w Orbicie, gdy wychodzisz na parkiet i widzisz banery z tytułami mistrzowskimi, wówczas dociera do Ciebie, że grasz najbardziej utytułowanym klubie w Polsce.

Chciałbym, abyśmy zaczęli się już z tym oswajać, bo w pełni wykorzystaliśmy margines błędu i czas zacząć zwyciężać we Wrocławiu. W meczach wyjazdowych pokazujemy zupełnie inną twarz i fajnie by było, gdyby to stała się prawdziwa twarz Śląska Wrocław. Pokazaliśmy już, że potrafimy grać z najlepszymi na ich parkietach i czas tę dyspozycję przenieść do hali Orbita.

PZ: Jakie są cele Śląska w sezonie 2019/2020?

KŁ: Cel zakładany przed sezonem to była walka o fazę play-off. Niestety po kilku ostatnich porażkach będzie dużo trudniej, aby go osiągnąć. Nie jest to niemożliwe, ale nie możemy pozwolić sobie na porażki we Wrocławiu i kontynuować dobrą dyspozycję na wyjazdach.

PZ: W meczu ze Stalą wyrównałeś swój ligowy rekord asyst. Masz jakieś skryte cele na ten sezon?

KŁ: Dobry osobisty występ połączony z wygraną drużyny jest czymś bardzo miłym. Następny dzień przeżywasz dużo przyjemniej aniżeli po przegranym meczu. Jeżeli chodzi o moje cele, to chciałbym dużo bardziej uwierzyć w siebie i poprawić swoją grę ofensywną. Myślę, że nigdy nie jest za późno na poprawę. Zależy mi, aby swoją postawą pomóc młodym zawodnikom, których nie brakuje w naszej drużynie – a jest to jedna z roli „weteranów”. Drużyna koszykarska musi być jak zaciśnięta pięść, aby każdy walczył za każdego. Moim wewnętrznym celem jest zdobycie umiejętności jak zarządzać szatnią, aby każdy czuł w Tobie oparcie

PZ: Już czujesz się liderem Śląska Wrocław?

KŁ: Rozgrywający w koszykówce z automatu staje się prawą ręką trenera i poniekąd liderem zespołu. Uważam, że lider to osoba, w której słowa i pomysły uwierzy cała drużyna. Myślę, że w tym momencie jestem liderem Śląska Wrocław, w czym mogła mi pomóc moja dyspozycja w ostatnich latach na parkietach PLK oraz tytuły zdobyte z Anwilem. Cieszę się szacunkiem szatni i chłopaki wierzą, że moje doświadczenie może im pomóc. Od małego chciałem być osobą dowodzącą, ale teraz taką rolę chcę pełnić na parkiecie, bo wiadomo, że za całość odpowiada trener.